Aktualności

2008-09-30
FCA na szczycie
ELBRUS 2008

Elbrus położony jest w zachodniej części Kaukazu, około 5 km od granicy z Gruzją. Jego wysokość wynosi 5642 m.n.p.m., co czyni go najwyższym szczytem Rosji oraz Europy. Biała kopuła wzbija się ponad okoliczne góry, strasząc wszystkich śmiertelników swoją potęgą skutego lodem wulkanu. My postanowiliśmy stawić mu czoło i z jego szczytu zobaczyć świat.



Początek

Wyruszyliśmy z Krakowa 30 czerwca. Wyglądało to tak: dwóch studentów z plecakami wsiadło do autobusu do Lwowa aby stamtąd pojechać dalej koleją wgłąb Rosji. Pociągiem dojechaliśmy do miejscowości Mineralne Wody, około 200 km od Góry. Był środek nocy, lecz gdy tylko wysiedliśmy z pociągu otoczyła nas chmara taksówkarzy, proponujących transport pod Elbrus. Po dłuższym targowaniu udało nam się znaleźć kierowcę, który zgodził się przewieźć nas za 2500 rubli. By jednak kolorytu wschodu nie było za mało tuż po wyjściu z dworca przywitali nas panowie milicjanci. Na komisariacie dowiedzieliśmy się, że coś nie zgadza się w naszych papierach. No cóż, parę zielonych papierków uregulowało tą kwestię. Mogliśmy więc swobodnie ruszyć w dalszą drogę. Naszą taksówką okazało się być rozklekotane żiguli. Po drodze mijaliśmy drogowskazy na Grozny, co usprawiedliwiało dużą ilość postów z uzbrojonymi po zęby milicjantami. Po pewnym czasie zaczęło się przejaśniać i wtedy po raz pierwszy ujrzeliśmy śnieżnobiały stożek, górujący nad okolicą. W końcu dotarliśmy do Azau, czyli bazy wypadowej pod Elbrusem, położonej na 2300 m.n.p.m. Jeszcze tylko spacer aklimatyzacyjny i byliśmy gotowi do ataku na górę.



Kryzys

Już pierwszej nocy po wyruszeniu dostaliśmy ostrzegawczego pstryczka w nos od wielkiego przeciwnika. Lekko podduszeni, oparzeni i przemarznięci przetrwaliśmy do rana. Jednak góra zamierzała wystawić nas na większą próbę. Czwartego dnia na wysokości 4100 m zaczął się początek końca. Na tej wysokości wodę do picia i przyrządzania posiłków uzyskuje się tylko z roztopionego śniegu, a słońce razi i parzy zwielokrotnioną siłą. Żołądki odmówiły nam posłuszeństwa, a ciało upodobniło się do liniejącej jaszczurki. Po trzech dniach chorowania i nieudanych prób zdobycia szczytu podjęliśmy decyzję o odwrocie i przeniesieniu się na bezpieczną wysokość 2300 m. Po zejściu powietrze wydało się nam niezwykle życiodajne, nogi lekkie a posiłki okazały się wyjątkowo dobre. Po nabraniu sił w naszych umysłach znów zapłonęło światełko „5642 m". Zdecydowaliśmy się wrócić i spróbować jeszcze raz.



Zwycięstwo

Tym razem w plecakach znalazły się duże zapasy picia i jedzenia, a wszystkie zbędne bagaże zostawiliśmy w depozycie. Postanowiliśmy udowodnić górze, na co nas stać. Ósmego dnia rano wyjechaliśmy kolejką na 3500 m. Od razu poszliśmy pod Prijut 11, czyli ostatnie schronisko, za którym była już tylko biel. Spotkaliśmy tam kilka ekip z Polski, co było dla nas miłą niespodzianką. Nie przypuszczaliśmy, że dźwięk ojczystego języka doda nam takiej otuchy. Okazało się, że prawie wszyscy planują atak na tą samą noc co my, gdyż zapowiadała się piękna pogoda. Nastawiliśmy budziki na 23.45 i poszliśmy spać, a właściwie położyliśmy się w śpiworach, gdyż myśli wciąż wzlatywały w stronę celu. Wreszcie zadzwonił budzik i wyruszyliśmy na atak. Była godzina pierwsza w nocy a temperatura spadła do –20 stopni. Szliśmy bardzo dobrym tempem i szybko zyskaliśmy dużą wysokość. Niestety chwilę przed wschodem słońca na wysokości 5100 m poczuliśmy jakby sto tysięcy małych igiełek wbijało się w nasze palce u rąk i stóp. Zamienialiśmy się rękawicami mając nadzieję, że w taki sposób uda nam się uniknąć poważniejszych odmrożeń. Niestety wrażenie skamieniałych kończyn wzmagało się z każdą chwilą i każdym krokiem. Po raz kolejny przez myśl przeleciało przykre słowo 'odwrót'. Skierowaliśmy się w dół, lecz w tym momencie na horyzoncie ukazał się nasz wielki sprzymierzeniec. Wzeszło słońce i temperatura zaczęła się podnosić. Odzyskaliśmy czucie w dłoniach i postanowiliśmy ruszyć znów w stronę szczytu. Na wysokości 5200 tuż pod przełęczą między dwoma wierzchołkami po raz pierwszy zobaczyliśmy szczyt Elbrusu, wcześniej zasłonięty przez przedwierzchołek. Do celu zostało jakieś 400 m. Była bardzo ładna pogoda i ostatnie wzniesienie przed szczytem pokonaliśmy bez większych problemów. Po drodze mijaliśmy plecaki pozostawione przez ludzi zdobywających szczyt. Brak powietrza był coraz bardziej odczuwalny, co spowalniało marsz. Pod samym szczytem robiliśmy przerwę dosłownie co kilka kroków. Słońce wzbijało się coraz wyżej, zbliżało się południe. Nagle stok zmienił się w równinę, na której końcu ujrzeliśmy niewielki stożek. 13 lipca, w samo południe stanęliśmy na szczycie, a biało-niebieska flaga FCA załopotała nad Europą.